Sentymenty w edukacji

W telewizji „Sonda”, „Wielka gra”, „Piątek z Pankracym”, „Miś Uszatek” i „Teleranek”, które nie było wiadomo kiedy.

Na ulicach w upalne dni saturatory z soczkiem żółtym lub czerwonym (do wyboru) i żarówiasto różowe napoje w zgrzewanych foliach. Albo świeże mleko w butelce, stojące rano przy wycieraczce.

Poza tym cudownie obła syrenka, dynamiczny w swym innowacyjnym wyglądzie polonez z FSO, wszędzie mieszczący się w zatłoczonym mieście „maluch” oraz żółte taksówki MPT – zupełnie jak w Nowym Jorku (ech, ta Ameryka!).

Radość z otrzymania talonu na coś, co inny nie ma. Wczasy w ośrodku FWP. Komiksy z b0haterskim kapitanem Żbikiem. Przepyszny Vibovit!

Tyle fajnych rzeczy można przywrócić w różnych dziedzinach, kierując się sentymentem lat minionych. No ale dlaczego akurat padło na oświatę i powrót do modelu 8+4? 😦

Janda, NGOs i grantoza

W warszawskim wydaniu „Gazety Wyborczej” pojawiła się informacja pt. „Krystyna Janda vs Piotr Gliński. Mniejsza dotacja, mniej spektakli”.

Jak się można domyślić z tytułu, chodzi o kolejną odsłonę walki między fundacją K. Jandy i Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego o dotację, a konkretnie bardzo w tym roku zmniejszoną dotację na działania teatru.

Tytuł wróży, że także ten przypadek wpada w standardową już walkę dwóch obozów. Dla jednych: wybitna aktorka Krystyna Janda i zły minister PiS-owskiego rządu kierujący się chęcią odwetu. Dla innych: beznadziejna aktorka chcąca wyciągnąć jak najwięcej kasy dla siebie i minister pilnujący jakości kultury i pieniędzy podatników. Wniosek: nie ma sensu wchodzić w tę walkę ani nawet jej komentować.

Ale ten przypadek to dobra okazja, aby przypomnieć, że nie jest to wyjątek. To przecież normalne w świecie pozarządowym, że dotacje czy granty nie są czymś danym raz na zawsze, że nie można się od nich uzależnić (wpadając w chorobę zwaną wdzięcznie grantozą), że konkurencja w III sektorze jest coraz większa, więc z każdym rokiem po te same pieniądze (albo mniejsze) będą się ustawiać dłuższe kolejki, że często dostanie grantu zależy od znajomości czy poglądów (także politycznych) grantodawców, a nie jakości wniosku i dorobku organizacji. I wreszcie: że należy dywersyfikować źródła przychodów organizacji.

Nieotrzymanie pieniędzy, do których przez wiele lat się przyzwyczaiło, ba, które w myślach już się wydało – tak, to bolesne doświadczenie. Zwykle jednak wychodzi na dobre każdej organizacji. Bo to pierwszy sygnał ostrzegawczy, który pozwala uniknąć zaawansowanej grantozy.

Motywacyjna semantyka

Kilka dni temu zostały ogłoszone wyniki naboru do programu „Ojczysty – dodaj do ulubionych” prowadzonego przez Narodowe Centrum Kultury. Informacja o wynikach znalazła się na stronie NCK. Czytamy więc:
Publikujemy listę wniosków rozpatrzonych pozytywnie (beneficjentów programu „Ojczysty – dodaj do ulubionych” 2016), listę podmiotów, które nie otrzymały dofinansowania (wnioski rozpatrzone negatywnie) oraz wykaz wniosków, które zawierały błędy formalne.
W ramach programu złożono 336 wniosków. Wyłoniono 29 beneficjentów, którzy otrzymają dofinansowanie na realizację projektów.

Liczby są bezlitosne: 29 wniosków dofinansowanych, czyli niespełna 9%. Pozostało więc ponad 300 organizacji smutnych, zawiedzionych, być może zdemotywowanych. Niestety, Narodowe Centrum Kultury pogłębia tę demotywację, pisząc jak powyżej.

A gdyby wnioski podzielić na:
* zawierające błędy formalne (muszą odpaść)
* rozpatrzone negatywnie (naprawdę słabe, np. <50%),
a pozostałe, a więc ocenione np. na co najmniej 51% nazwać tak:
* ocenione pozytywnie i dofinansowane (te 29)
* ocenione pozytywnie (>50%), ale niedofinansowane z powodu ograniczonych środków?

Innymi słowy chodzi o to, aby wnioski dobre, ale na które nie ma pieniędzy (a takich jest tu większość) nie nazywać rozpatrzonymi negatywnie!

Drobiazg, tylko semantyka? Owszem, ale działająca motywacyjnie na ludzi zaangażowane w pracę kilkuset organizacji pozarządowych.

Gdyby nie to 153 zł…

1 stycznia 2016 r. weszło w życie kilka zmian ważnych dla osób niepełnosprawnych. Najważniejsza zmiana, szczególnie dla uczniów, wynika z Rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 24 lipca 2015 r. w sprawie warunków organizowania kształcenia, wychowania i opieki dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnych, niedostosowanych społecznie i zagrożonych niedostosowaniem społecznym (Dz.U. z 2015 r., poz. 1113), które weszło w życie (z małymi wyjątkami) 1 września 2015 r.

Oto kluczowe fragmenty tego rozporządzenia:
§ 7. (…)
2. W przedszkolach ogólnodostępnych, innych formach wychowania przedszkolnego i szkołach ogólnodostępnych, w których kształceniem specjalnym są objęte dzieci i uczniowie posiadający orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego wydane ze względu na autyzm, w tym zespół Aspergera, lub niepełnosprawności sprzężone, zatrudnia się dodatkowo:
1) nauczycieli posiadających kwalifikacje w zakresie pedagogiki specjalnej w celu współorganizowania kształcenia uczniów niepełnosprawnych lub specjalistów, lub
2) w przypadku klas I–III szkoły podstawowej – asystenta, o którym mowa w art. 7 ust. 1e ustawy, lub
3) pomoc nauczyciela
– z uwzględnieniem realizacji zaleceń zawartych w orzeczeniu o potrzebie kształcenia specjalnego.

Mówiąc prostym językiem: od 1 stycznia 2016 r. w szkołach ogólnodostępnych (nie specjalnych!) dla uczniów z autyzmem, w tym zespołem Aspergera oraz niepełnosprawnościami sprzężonymi (co oczywiście jest zapisane w orzeczeniach o potrzebie kształcenia specjalnego) ma być zatrudniany obowiązkowo nauczyciel wspierający.

Cieszy też wzrost (z 1200 na 1300 zł) kwoty świadczenia pielęgnacyjnego, czyli tego, który otrzymują m.in. rodzice dziecka niepełnosprawnego z tytułu rezygnacji z zatrudnienia lub innej pracy zarobkowej.

Zaskakuje wciąż taka sama kwota 153 zł zasiłku pielęgnacyjnego, a więc tego, który ma częściowo pokryć wydatki wynikające z konieczności zapewnienia opieki i pomocy m.in. dziecku niepełnosprawnemu. Bardzo częściowo pokryć…

Ciekawe, co jest w tym zasiłku takiego, że rozmaite wskaźniki rosną, kwoty świadczeń rosną, a zasiłek pielęgnacyjny wciąż wynosi 153 zł – niezmiennie od momentu jego wprowadzenia, a więc od 1 września 2006 r.? To już prawie 10 lat!!!

Świadoma dobrowolność

No i nastąpiła zmiana – obowiązek szkolny znów od 7 lat…

Inaczej mówiąc – dotąd dziecko szło do szkoły jako sześciolatek, ale przesunięcie tego terminu wymagało determinacji i troszkę zachodu od rodziców (uzyskanie odpowiedniej opinii). Teraz ma być odwrotnie – czyli dziecko pójdzie do szkoły jako siedmiolatek, ale puszczenie go rok wcześniej wymagać będzie determinacji i świadomego działania rodziców. Pewnie skończy się więc na tym, że przez brak zainteresowania, roztargnienie, zapomnienie, brak czasu (i inne wymówki), sporo dzieci pójdzie do szkoły w wieku 7 lat mimo predyspozycji do tego, aby zostać uczniami już rok wcześniej.

Rozumiem, że polityka, że spełnianie obietnic, że nacisk społeczny (miliony podpisów pod projektem obywatelskim), także nacisk edukacyjnych celebrytów (nazwiska pominę). Szkoda jednak, że nie wykorzystano okazji, aby rodzicom nie tylko  pozostawić wybór, ale aby ten wybór był także świadomy.

W jaki sposób? Ano wystarczyło, aby nie przyjmować domniemania, że brak reakcji rodziców oznacza automatycznie rozpoczęcie nauki w wieku 7 lat, lecz nakazać rodzicom w każdym przypadku wykazanie się aktywnością poprzez sprawdzenie gotowości szkolnej i podjęcie świadomej decyzji (początek w wieku 6 czy 7 lat) przedstawianej dyrektorowi właściwej terytorialnie szkoły podstawowej.

I jeszcze jedno…

Pamiętam, jak w szkole podstawowej i liceum wszyscy podchodziliśmy do tych, którzy zostawali na drugi rok w tej samej klasie. Wydawało nam się to końcem świata! Ten rok straty zdawał się być dramatem rzutującym na całe życie – już nie do nadrobienia! Właśnie dlatego rodzicom, którzy świadomie chcieliby opóźnić o rok posłanie dziecka do szkoły, dałbym dodatkowo do podpisania oświadczenie, że są świadomi, że ich dziecko zda maturę w wieku 19 a nie 18 lat, że rok później niż jego rówieśnicy zacznie studia. To oświadczenie oddawałbym młodemu człowiekowi razem ze świadectwem dojrzałości. W razie pretensji, że jest „opóźniony o rok”, niech wie, komu to zawdzięcza…

Obejrzyjmy sprawdzian

W pakiecie jesiennych zmian w ustawie o systemie oświaty znalazło się wiele ciekawych rozwiązań. Wśród nich takie, które przeszły właściwie niezauważone, np. dotyczące udostępniania sprawdzonych i ocenionych prac pisemnych uczniów. Myślę konkretnie o tych zapisach:

Art. 44e.
(…)

4. Sprawdzone i ocenione pisemne prace ucznia są udostępniane uczniowi i jego rodzicom. W szkole policealnej sprawdzone i ocenione pisemne prace ucznia są udostępniane uczniowi.
(…)
7. Sposób udostępniania dokumentacji, o której mowa w ust. 4 i 5, określa statut szkoły.

MEN w swych wyjaśnieniach podkreślił, że zapisy te oznaczają, że uczniowie i ich rodzice wcale nie muszą zwracać się do nauczycieli z prośbą o udostępnienie sprawdzonych i ocenionych prac pisemnych – po prostu teraz nauczyciel ma taki bieżący obowiązek i nie powinien czekać na wniosek ucznia czy jego rodziców.

Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, dlatego art. 44e ust. 7 nakazuje określenie w statucie szkoły, w jaki sposób ta dokumentacja będzie udostępniania. Zapewne, szczególnie w szkołach, które mają w tym zakresie sprawdzone rozwiązania, właśnie one staną się formalnie opisaną praktyką. Ale może warto zapoznać się z dobrymi praktykami innych jednostek? Bo – wbrew pozorom – możliwości jest wiele. Trzeba zdecydować, czy będą udostępnianie oryginały czy kopie, na miejscu czy do domu, czy i w jaki sposób będzie potwierdzany „obrót” tymi sprawdzianami itd.

Sądzę, że to dobra okazja do wykazania się aktywnością przez radę rodziców, bo przecież sposób udostępniania prac pisemnych powinien uwzględniać realia i możliwości techniczne szkoły, ale przede wszystkim być dogodny dla rodziców.

 

PS: Swoją drogą ciągle fascynuje mnie ten art. 44 ustawy o systemie oświaty, który ma literki nie do e (jak przywołany wyżej przepis), nie do z, zz czy zzz ale do – uwaga – zzzx!

Rekrutacja i wolontariat

Od 1 stycznia 2016 r. wchodzi w życie Rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z 2 listopada 2015 r. w sprawie sposobu przeliczania na punkty poszczególnych kryteriów uwzględnianych w postępowaniu rekrutacyjnym, składu i szczegółowych zadań komisji rekrutacyjnej, szczegółowego trybu i terminów przeprowadzania postępowania rekrutacyjnego oraz postępowania uzupełniającego (więcej, w tym treść aktu i jego uzasadnienie na stronie MEN).

Tytuł długi, ale chodzi o rzecz banalną: w jaki sposób będą przeliczane na punkty rozmaite kryteria podczas rekrutacji do szkół. Przy czym najistotniejsze (bo najpowszechniejsze) są kryteria, które dotyczą rekrutacji do gimnazjów.

Warto pamiętać, że Minister Edukacji Narodowej jedynie określił punktację, kryteria zaś zostały już wcześniej zapisane w ustawie o systemie oświaty (dotyczące gimnazjów – w art. 20f).

Co się więc zmienia? Przede wszystkim to, że w całej Polsce będzie tak samo: te same kryteria i tak samo punktowane, a nie – tak jak wcześniej – różnie w każdym województwie.

Inaczej mówiąc, chodzi o – cytując ustawę o systemie oświaty – „konieczność zapewnienia przyjmowania kandydatów do wybranych szkół na równych i przejrzystych zasadach oceny ich wiedzy, umiejętności i osiągnięć”.

 

WOLONTARIAT

Wśród wymienionych kryteriów jest też takie: „osiągnięcia w zakresie aktywności społecznej, w tym na rzecz środowiska szkolnego, w szczególności w formie wolontariatu”. Za jego spełnienie uczeń otrzyma 2 pkt.

Mało to czy dużo? Wydaje się, że mało – tyle co dwójka (a więc najniższa promująca ocena) z języka polskiego, matematyki czy języka obcego. Ale – z drugiej strony – nie powie, że to mało, ten, któremu zabrakło pół punktu, aby się dostać do wymarzonego gimnazjum…

Niestety wciąż pozostają nierozstrzygnięte kwestie szczegółowe związane z przywołanym zapisem, m.in.: Ile czasu potrzeba, aby uznać to kryterium za spełnione? I jak to mierzyć – w dniach, w godzinach? Czy tak samo powinien być punktowany półroczny czy nawet wieloletni wolontariat ucznia w jakiejś organizacji jak kilka godzin podczas finału WOŚP? W jaki sposób powinna być dokumentowana ta aktywność społeczna?

Pytania od lata pozostają te same, ale sądzę, że to dobrze, że nie zaczęto bardziej szczegółowo regulować kwestii doceniania wolontariatu. Niech pozostanie on ideą i postawą, którą wszelkimi metodami chcemy wpajać młodym ludziom. A że zawsze znajdą się tacy, którzy dla tych dwóch punktów postąpią nieuczciwie – cóż, tego nie unikniemy, jednak uszczelniając przepisy możemy wylać dziecko z kąpielą…

2 godziny o rodzicach

10 listopada 2015 r. Minister Edukacji Narodowej zatwierdziła „Ramowy plan i program kursu kwalifikacyjnego z zakresu zarządzania oświatą”. Na jego podstawie akredytowane placówki doskonalenia nauczycieli będą przygotowywać szczegółowe plany i programy kursów – mówiąc najkrócej – dla przyszłych dyrektorów szkół. Informację można znaleźć na stronie MEN.

Wiadomo, że przygotowanie takich ramowych programów jest trudne: mnóstwo treści (sześć obszarów tematycznych, w których łącznie jest blisko 70 szczegółowych tematów), a z czasem też nie można przesadzić – i tak liczba godzin na realizację obowiązkowych treści jest duża (minimum 160 godzin).

Ale mimo wszystko żal mi się robi, gdy widzę, ile czasu przewidziano na zagadnienie niezwykle ważne: Współpraca z rodzicami uczniów, aktywizowanie ich potencjału dla realizacji celów szkoły.

Zatem ile czasu jest na to? Ten temat jest jednym z dziewięciu w obszarze tematycznym 3, na który przewidziano 20 godzin. Zatem zaledwie dwie, może trzy godziny, o ile więcej czasu nie zajmą „bardziej istotne tematy” z tego bloku, np. dotyczące współpracy z samorządem, instytucjami.

Cała nadzieja w tym, że prowadzący kursy mają świadomość znaczenia współpracy dyrektora szkoły z rodzicami i że przeznaczą na ten temat więcej czasu, choćby z puli 50 godzin, które są „do dyspozycji organizatora kursu na zwiększenie czasu realizacji dowolnych treści kształcenia z poszczególnych obszarów tematycznych”. Pomarzyć można…

Drożdżówkowa paranoja

Zanim (ewentualnie) nowy Minister Zdrowia zmieni rozporządzenie „sklepikowe” (czyli to, które zabrania sprzedaży w sklepikach szkolnych tytułowych drożdżówek, a także – niby – zabrania solenia potraw w szkolnych stołówkach), minie jeszcze sporo czasu.

A tymczasem paranoja drożdżówkowa od września ciągle nie mija. Nawet ostatnio jakby znów wzrasta. Może dlatego, że zbliżają się andrzejki, mikołajki o spotkania świąteczne, wigilijne w szkołach?

Dostaję pytania od zaniepokojonych rodziców i nauczycieli, czy to nie będzie przestępstwo (tak, pada często właśnie to słowo!), gdy na imprezie klasowej czy szkolnej (typu andrzejki) rodzice dadzą dzieciom pączki, colę i inne produkty zabronione.

Że rodzice się niepokoją – to jeszcze rozumiem, bo w przekazach medialnych więcej dotąd było sensacji niż spokojnej, rzeczowej informacji. Ale nauczyciele albo dyrektorzy? Oni przecież powinni wiedzieć, o co chodzi w rozporządzeniu! Przypomnę więc…

Mówimy o – podaję pełną nazwę – Rozporządzeniu Ministra Zdrowia z dnia 26 sierpnia 2015 r. w sprawie grup środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży dzieciom i młodzieży w jednostkach systemu oświaty oraz wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży w tych jednostkach.

Bez wnikania w treść rozporządzenia (do czego jednak zachęcam, gdyż to rozwieje wiele mitów!), już z samego tytułu wynika, że rozporządzenie ma zastosowanie do: po pierwsze – sprzedaży w jednostkach systemu oświaty (czyli w sklepikach szkolnych), po drugie – do zbiorowego żywienia (czyli do stołówek szkolnych).

A andrzejki, mikołajki, walentynki, spotkania świąteczne i inne imprezy? Nie, tego rozporządzenia nie dotyczy. Rodzice mogą więc kupić swoim dzieciom drożdżówki, batony, słodzone napoje i co tam jeszcze sprawi dzieciakom przyjemność. Przyjemność pewnie tym większą, że będą jeść produkty na co dzień w szkole zakazane…🙂

Wszyscy Polacy znają się na edukacji!

Często w swoim życiu słyszałem opinię o Polakach, którzy mają to do siebie, że czują się ekspertami w rozmaitych dziedzinach. To prawda! Na pierwszym miejscu jest chyba medycyna, na której oczywiście znają się wszyscy Polacy, szczególnie teraz, kiedy istnieje możliwość łatwego „zdiagnozowania się” za pomocą doktora Googla.

Najczęściej jednak wszyscy Polacy znają się na sporcie. Zwłaszcza piłce nożnej. Był czas, gdy wszyscy Polacy stali się ekspertami od skoków narciarskich, rzecz jasna za sprawą Adama Małysza, a potem wszyscy Polacy zaczęli się znać na biegach narciarskich – dzięki Justynie Kowalczyk.

Pięć lat temu wszyscy Polacy masowo zaczęli się znać na prawie lotniczym, awionice, naprężeniach i odkształceniach. Wiadomo, z jakiego powodu…

Potem przyszła niestety kolej na edukację. Wszyscy Polacy znają się więc na edukacji. Od kilku lat na rozwoju psychofizycznym sześcio- i siedmiolatków, a od kilku dni wszyscy Polacy to eksperci od gimnazjów, także ci, którzy nie mieli okazji mieć żadnego gimnazjalisty w rodzinie i znają gimnazja jedynie z tabloidowych doniesień w mediach (jako siedlisko wszelkiego zła!).

Wszyscy Polacy są ekspertami – niech więc w referendum decydują o wysyłaniu sześciolatków do szkoły i o likwidacji gimnazjów. Do poddania demokratycznej procedurze czeka już egzamin maturalny i warunki uzyskania dyplomu licencjackiego. Dziwne? Wcale nie, przecież wszyscy Polacy się na edukacji! Na każdym poziomie!