Reforma edukacji – co robić?

Często rodzice (uczestnicy moich szkoleń albo czytelnicy moich książek) zadają mi trudne pytania. Cieszę się z nich, bo przyczyniają się do udoskonalania poradnika dla rad rodziców z odpowiedziami na nękające ich pytania (na początku było ich 50, potem 61, a teraz zapowiada się nowe wydanie z 99 problemami).

Ale ostatnio dostaję pytania, na które bardzo trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Ot, na przykład wczoraj rodzic z Gdańska pisze mi tak:

Jeden z rodziców przesłał mi informację o „strajku rodziców 10 lutego”. Pewnie widział Pan tę akcję. Jestem przewodniczącym RR jednej ze szkół, ale zupełnie nie wiem, jak się do tego odnieść. Też jestem zaniepokojony tym chaosem, ale póki co starałem się być neutralny, jak powinienem zareagować? Będę wdzięczny będę za wskazówki.

I co tu odpowiedzieć? Przecież w tym przypadku decyzja ma w dużej mierze charakter polityczny, a więc indywidualny, zatem trudno podejmować przewodniczącemu rady rodziców działania, które od razu wiadomo, że będą dzielić rodziców w jego szkole według poglądów politycznych.

Sytuacja jest bowiem bardzo dziwna – ten podział w społeczeństwie znaczony polityką ma od ponad roku tak silny wpływ na ludzi, że odsuwa na bok racjonalne, samodzielne myślenie. Przeciwnicy PiS będą zawsze krytykować wszystko, całą reformę edukacji, nie widząc w niej nic dobrego (nawet drobnych elementów, które pewnie są). Ale jeszcze gorzej jest ze zwolennikami rządzących – tutaj poglądy rodziców czy samorządowców powodują, że przyszłość widzą wyłącznie świetlaną, a reforma edukacji wydaje im się zupełnie pozbawiona zagrożeń (nie widzą ich nawet wtedy, gdy ewidentnie stracą na niej ich własne dzieci!).

Tyle tylko, że naznaczenie myślenia polityką to jedno. Ale reforma z punktu widzenia rodziców ma również, a właściwie przede wszystkim, wymiar praktyczny. I z tego względu też można przyjąć różną postawę.

Można protestować, cały czas licząc, że jest szansa na cofnięcie reformy. Można uczestniczyć w strajkach, zbierać podpisy pod referendum, pikietować przed sejmem. Aż do skutku. A jeśli się nie uda, to wtedy dopiero myśleć o dostosowaniu się do nowej sytuacji.

Można też stwierdzić, że obserwacja politycznej rzeczywistości, sposobu sprawowania rządów w ostatnim okresie pokazuje dobitnie, że nie ma szans na zmianę decyzji. Lepiej więc już teraz przygotowywać się w szkole do nieuniknionej reformy edukacji, aby były jak najmniejsze straty dla naszych dzieci (bo czasu mało).

Obie metody mają swoje uzasadnienie, a która jest lepsza – to okaże się w przyszłości. Już niedalekiej…

Reklamy

Reforma edukacji – po co im to?

Że rządzący kierują się w sprawie wprowadzenia reformy edukacji względami politycznymi – to można przyjąć za pewnik. Raz – że w mediach już czytaliśmy jasne deklaracje to potwierdzające. Dwa – że merytorycznie reformy obronić się nie da. Oczywiście opierając się na wiedzy, badaniach, a nie emocjach, intuicji, sentymentach albo opinii kilku znajomych czy żony (nawet nauczycielki).

A jeśli tak i jeśli:

  • widać, jakie są trendy w badaniach opinii społecznej nt. poparcia dla reformy (mocno spadkowe)
  • wiadomo, że każda zmiana powoduje opór (udowodnione naukowo)
  • wiemy, jak zmiany wprowadza się w Polsce i jaki wiąże się z tym bajzel (udowodniono naukowo i znamy to z autopsji)
  • rządzący to genialne polityczne mózgi, mistrzowie strategii (to akurat nie jest udowodnione naukowo, ale taka opinia krąży w niektórych mediach)

– to nie mogę zrozumieć, dlaczego oni się w tę reformę pakują.

Przecież wiadomo, że dostaną od jej dzisiejszych przeciwników – i za błędy autentyczne, i za te wydumane.

Ale wiadomo też, że od dzisiejszych zwolenników reformy również oberwą, ponieważ niezależnie od tego, kto będzie Ministrem Edukacji Narodowej, w każdej szkole będą się zdarzać mniejsze i większe wpadki. Zatem:

  • pani od matematyki zaszła w ciążę i ciągle są zastępstwa
  • rada rodziców podwyższyła składkę o 5 zł
  • po ulewie na boisku szkolnym pojawiły się kałuże
  • zepsuła się sygnalizacja świetlna na przejściu przed szkołą
  • zupa w szkolnej stołówce była za słona
  • Jaś z V c wyrwał haczyk w żeńskiej toalecie
  • były trzy rozbiory a nie dwa, więc jest więcej dat do wkucia

– za to wszystko i setki innych spraw będzie winna reforma edukacji, czyli rządzący.

No po co im to?

 

Narodowe Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego

Postanowiłem, że nie dam się wciągnąć w bezrefleksyjne najeżdżanie na rząd za pomysł Narodowego Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Ani tym, którzy rutynowo krytykują wszystko pod szyldem PiS (no bo skoro robią to rutynowo…), ani tym, którzy całą swą narrację budują wyłącznie na nazwie (to dość prymitywne). No ale nie da się. No nie da się obronić tego pomysłu!

W czym problem?

Po pierwsze – niewiedza. Żeby majstrować cokolwiek przy III sektorze, trzeba dużo o nim wiedzieć. I od strony teoretycznej – idei społeczeństwa obywatelskiego, i od praktycznej – trzeba troszkę podziałać najlepiej w kilku różnych fundacjach lub stowarzyszeniach. A tej wiedzy po prostu brakuje, czerpanie zaś jej z pojedynczych przypadków opisywanych w telewizji publicznej jeszcze bardziej obraz sektora pozarządowego oddala od stanu realnego. Nie będę się rozpisywał w tej sprawie – ostatnio dużo o tym mówiono i pisano.

Po drugie – nazwa. Bo nazwa jednak ma znaczenie. Musiało być z pompą, że centrum, że – oczywiście – narodowe. Ech… Ale to drobiazg, chodzi o ideę: centrum rządowe, a ma się zajmować organizacjami pozarządowymi, których istotą jest przecież niezależność, ba, które także zajmują się tego rządu kontrolą. Na marginesie: oczywiście można prowadzić rozmowę o uzależnieniu się części organizacji od publicznych pieniędzy, ale to inna kwestia (zresztą też bardzo ciekawa i dyskutowana w środowisku NGOs).

Po trzecie: cele. Zostawiam nazwę, bo – jak pisałem wcześniej – ocenianie pomysłu po samej nazwie jest dość prymitywne. Zaglądam więc do projektu ustawy, aby dowiedzieć się, o co chodzi. Czytam:

Art. 23. 1. Do zadań Narodowego Centrum należą działania na rzecz budowy wspólnoty obywatelskiej w Rzeczypospolitej Polskiej w szczególności poprzez wspieranie rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, zwiększanie instytucjonalnej sprawności zorganizowanych form społeczeństwa obywatelskiego, ich niezależności, wpływ na ich profesjonalizm działania przy jednoczesnym zachowaniu ich obywatelskiego charakteru i zwiększanie udziału organizacji pozarządowych w życiu publicznym.

Czyli rząd będzie pomagał ludziom oddolnie się samoorganizować… Dalej…

4. Do zadań Narodowego Centrum należy także:
1) wspieranie zaangażowania obywateli i organizacji obywatelskich w życie publiczne, procesy kształtowania polityk publicznych i podejmowania decyzji;
3) wzmocnienie potencjału sektora obywatelskiego;
4) promocja i ochrona praw człowieka i obywatelskich;

A na koniec zostawiam pkt 2 tego ustępu:

2) wspieranie obywatelskiej kontroli nad funkcjonowaniem instytucji publicznych i instytucji zaufania publicznego oraz zwiększenie ich przejrzystości i przestrzegania reguł dobrego rządzenia;

Czyli rząd będzie wspierał organizacje strażnicze, aby go lepiej kontrolowały…

No niestety nie da się obronić tego pomysłu!

A przecież mogło być tak dobrze. Wystarczyło wymyślić mniej napuszoną nazwę, przemyśleć lepiej cele i sprzedać całość choćby jako przekształcenie Departamentu Pożytku Publicznego MRPiPS w oddzielną jednostkę podległą bezpośrednio Prezesowi Rady Ministrów – a więc zdecydowane podniesienie znaczenia, bo wiadomo, jak ogromną rolę do odegrania mają organizacje pozarządowe itp. itd.

I jeszcze jedno – trzeba było wcześniej porozmawiać z przedstawicielami III sektora – choćby tymi, którzy zasiadają w Radzie Działalności Pożytku Publicznego.

 

ZNP – naturalny opór

Nie sądziłem, że kiedykolwiek przyjdzie mi stanąć w obronie ZNP. A muszę stanąć, gdy widzę, jak zwolennicy reformy edukacji odsądzają prezesa Broniarza i jego związkowców od czci i wiary.

Szklanka zimnej wody i pomyślmy spokojnie: związek zawodowy jest przecież od tego, aby bronić swoich pracowników. Co więc ma robić Związek Nauczycielstwa Polskiego, gdy widzi na horyzoncie reformę, która z pewnością spowoduje zwolnienia nauczycieli, a jeśli nawet nie będą one masowe, to niewątpliwie utrudni nauczycielom życie, bo zmieni się miejsce ich pracy? Zatem czeka ich nowy budynek, nowi ludzie, nowa dyrekcja, może dłuższy dojazd itd. – zatem wszystko to, co zaburza święty spokój, poczucie stabilności. Związek zawodowy w takiej sytuacji musi protestować – to absolutnie naturalne!

I specjalnie celowości reformy edukacji (ani – tym bardziej – polityki) bym w to nie mieszał, bo przecież w tym przypadku nie chodzi o gimnazja, sensowność reformy, ale o samą zmianę, która oznacza dla nauczycieli niewiadomą.

Na pocieszenie dla Minister Zalewskiej: to naprawdę nie jest polityka, nie chodzi o to, że PiS zły, że sama reforma jest do kitu! Kiedy już wejdzie ona w życie, a za 3 czy 7 lat nowe rządy będą chciały ją odkręcić, to kto będzie przeciwny zmianom powrotnym, no kto? No oczywiście ZNP, bo znów będzie to zagrożenie dla poczucia stabilności nauczycieli.

To naprawdę naturalne dla związku zawodowego. Dajcie więc związkowcom robić to, do czego są powołani!

Sentymenty w edukacji

W telewizji „Sonda”, „Wielka gra”, „Piątek z Pankracym”, „Miś Uszatek” i „Teleranek”, które nie było wiadomo kiedy.

Na ulicach w upalne dni saturatory z soczkiem żółtym lub czerwonym (do wyboru) i żarówiasto różowe napoje w zgrzewanych foliach. Albo świeże mleko w butelce, stojące rano przy wycieraczce.

Poza tym cudownie obła syrenka, dynamiczny w swym innowacyjnym wyglądzie polonez z FSO, wszędzie mieszczący się w zatłoczonym mieście „maluch” oraz żółte taksówki MPT – zupełnie jak w Nowym Jorku (ech, ta Ameryka!).

Radość z otrzymania talonu na coś, co inny nie ma. Wczasy w ośrodku FWP. Komiksy z b0haterskim kapitanem Żbikiem. Przepyszny Vibovit!

Tyle fajnych rzeczy można przywrócić w różnych dziedzinach, kierując się sentymentem lat minionych. No ale dlaczego akurat padło na oświatę i powrót do modelu 8+4? 😦

Janda, NGOs i grantoza

W warszawskim wydaniu „Gazety Wyborczej” pojawiła się informacja pt. „Krystyna Janda vs Piotr Gliński. Mniejsza dotacja, mniej spektakli”.

Jak się można domyślić z tytułu, chodzi o kolejną odsłonę walki między fundacją K. Jandy i Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego o dotację, a konkretnie bardzo w tym roku zmniejszoną dotację na działania teatru.

Tytuł wróży, że także ten przypadek wpada w standardową już walkę dwóch obozów. Dla jednych: wybitna aktorka Krystyna Janda i zły minister PiS-owskiego rządu kierujący się chęcią odwetu. Dla innych: beznadziejna aktorka chcąca wyciągnąć jak najwięcej kasy dla siebie i minister pilnujący jakości kultury i pieniędzy podatników. Wniosek: nie ma sensu wchodzić w tę walkę ani nawet jej komentować.

Ale ten przypadek to dobra okazja, aby przypomnieć, że nie jest to wyjątek. To przecież normalne w świecie pozarządowym, że dotacje czy granty nie są czymś danym raz na zawsze, że nie można się od nich uzależnić (wpadając w chorobę zwaną wdzięcznie grantozą), że konkurencja w III sektorze jest coraz większa, więc z każdym rokiem po te same pieniądze (albo mniejsze) będą się ustawiać dłuższe kolejki, że często dostanie grantu zależy od znajomości czy poglądów (także politycznych) grantodawców, a nie jakości wniosku i dorobku organizacji. I wreszcie: że należy dywersyfikować źródła przychodów organizacji.

Nieotrzymanie pieniędzy, do których przez wiele lat się przyzwyczaiło, ba, które w myślach już się wydało – tak, to bolesne doświadczenie. Zwykle jednak wychodzi na dobre każdej organizacji. Bo to pierwszy sygnał ostrzegawczy, który pozwala uniknąć zaawansowanej grantozy.

Motywacyjna semantyka

Kilka dni temu zostały ogłoszone wyniki naboru do programu „Ojczysty – dodaj do ulubionych” prowadzonego przez Narodowe Centrum Kultury. Informacja o wynikach znalazła się na stronie NCK. Czytamy więc:
Publikujemy listę wniosków rozpatrzonych pozytywnie (beneficjentów programu „Ojczysty – dodaj do ulubionych” 2016), listę podmiotów, które nie otrzymały dofinansowania (wnioski rozpatrzone negatywnie) oraz wykaz wniosków, które zawierały błędy formalne.
W ramach programu złożono 336 wniosków. Wyłoniono 29 beneficjentów, którzy otrzymają dofinansowanie na realizację projektów.

Liczby są bezlitosne: 29 wniosków dofinansowanych, czyli niespełna 9%. Pozostało więc ponad 300 organizacji smutnych, zawiedzionych, być może zdemotywowanych. Niestety, Narodowe Centrum Kultury pogłębia tę demotywację, pisząc jak powyżej.

A gdyby wnioski podzielić na:
* zawierające błędy formalne (muszą odpaść)
* rozpatrzone negatywnie (naprawdę słabe, np. <50%),
a pozostałe, a więc ocenione np. na co najmniej 51% nazwać tak:
* ocenione pozytywnie i dofinansowane (te 29)
* ocenione pozytywnie (>50%), ale niedofinansowane z powodu ograniczonych środków?

Innymi słowy chodzi o to, aby wnioski dobre, ale na które nie ma pieniędzy (a takich jest tu większość) nie nazywać rozpatrzonymi negatywnie!

Drobiazg, tylko semantyka? Owszem, ale działająca motywacyjnie na ludzi zaangażowane w pracę kilkuset organizacji pozarządowych.

Gdyby nie to 153 zł…

1 stycznia 2016 r. weszło w życie kilka zmian ważnych dla osób niepełnosprawnych. Najważniejsza zmiana, szczególnie dla uczniów, wynika z Rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 24 lipca 2015 r. w sprawie warunków organizowania kształcenia, wychowania i opieki dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnych, niedostosowanych społecznie i zagrożonych niedostosowaniem społecznym (Dz.U. z 2015 r., poz. 1113), które weszło w życie (z małymi wyjątkami) 1 września 2015 r.

Oto kluczowe fragmenty tego rozporządzenia:
§ 7. (…)
2. W przedszkolach ogólnodostępnych, innych formach wychowania przedszkolnego i szkołach ogólnodostępnych, w których kształceniem specjalnym są objęte dzieci i uczniowie posiadający orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego wydane ze względu na autyzm, w tym zespół Aspergera, lub niepełnosprawności sprzężone, zatrudnia się dodatkowo:
1) nauczycieli posiadających kwalifikacje w zakresie pedagogiki specjalnej w celu współorganizowania kształcenia uczniów niepełnosprawnych lub specjalistów, lub
2) w przypadku klas I–III szkoły podstawowej – asystenta, o którym mowa w art. 7 ust. 1e ustawy, lub
3) pomoc nauczyciela
– z uwzględnieniem realizacji zaleceń zawartych w orzeczeniu o potrzebie kształcenia specjalnego.

Mówiąc prostym językiem: od 1 stycznia 2016 r. w szkołach ogólnodostępnych (nie specjalnych!) dla uczniów z autyzmem, w tym zespołem Aspergera oraz niepełnosprawnościami sprzężonymi (co oczywiście jest zapisane w orzeczeniach o potrzebie kształcenia specjalnego) ma być zatrudniany obowiązkowo nauczyciel wspierający.

Cieszy też wzrost (z 1200 na 1300 zł) kwoty świadczenia pielęgnacyjnego, czyli tego, który otrzymują m.in. rodzice dziecka niepełnosprawnego z tytułu rezygnacji z zatrudnienia lub innej pracy zarobkowej.

Zaskakuje wciąż taka sama kwota 153 zł zasiłku pielęgnacyjnego, a więc tego, który ma częściowo pokryć wydatki wynikające z konieczności zapewnienia opieki i pomocy m.in. dziecku niepełnosprawnemu. Bardzo częściowo pokryć…

Ciekawe, co jest w tym zasiłku takiego, że rozmaite wskaźniki rosną, kwoty świadczeń rosną, a zasiłek pielęgnacyjny wciąż wynosi 153 zł – niezmiennie od momentu jego wprowadzenia, a więc od 1 września 2006 r.? To już prawie 10 lat!!!

Świadoma dobrowolność

No i nastąpiła zmiana – obowiązek szkolny znów od 7 lat…

Inaczej mówiąc – dotąd dziecko szło do szkoły jako sześciolatek, ale przesunięcie tego terminu wymagało determinacji i troszkę zachodu od rodziców (uzyskanie odpowiedniej opinii). Teraz ma być odwrotnie – czyli dziecko pójdzie do szkoły jako siedmiolatek, ale puszczenie go rok wcześniej wymagać będzie determinacji i świadomego działania rodziców. Pewnie skończy się więc na tym, że przez brak zainteresowania, roztargnienie, zapomnienie, brak czasu (i inne wymówki), sporo dzieci pójdzie do szkoły w wieku 7 lat mimo predyspozycji do tego, aby zostać uczniami już rok wcześniej.

Rozumiem, że polityka, że spełnianie obietnic, że nacisk społeczny (miliony podpisów pod projektem obywatelskim), także nacisk edukacyjnych celebrytów (nazwiska pominę). Szkoda jednak, że nie wykorzystano okazji, aby rodzicom nie tylko  pozostawić wybór, ale aby ten wybór był także świadomy.

W jaki sposób? Ano wystarczyło, aby nie przyjmować domniemania, że brak reakcji rodziców oznacza automatycznie rozpoczęcie nauki w wieku 7 lat, lecz nakazać rodzicom w każdym przypadku wykazanie się aktywnością poprzez sprawdzenie gotowości szkolnej i podjęcie świadomej decyzji (początek w wieku 6 czy 7 lat) przedstawianej dyrektorowi właściwej terytorialnie szkoły podstawowej.

I jeszcze jedno…

Pamiętam, jak w szkole podstawowej i liceum wszyscy podchodziliśmy do tych, którzy zostawali na drugi rok w tej samej klasie. Wydawało nam się to końcem świata! Ten rok straty zdawał się być dramatem rzutującym na całe życie – już nie do nadrobienia! Właśnie dlatego rodzicom, którzy świadomie chcieliby opóźnić o rok posłanie dziecka do szkoły, dałbym dodatkowo do podpisania oświadczenie, że są świadomi, że ich dziecko zda maturę w wieku 19 a nie 18 lat, że rok później niż jego rówieśnicy zacznie studia. To oświadczenie oddawałbym młodemu człowiekowi razem ze świadectwem dojrzałości. W razie pretensji, że jest „opóźniony o rok”, niech wie, komu to zawdzięcza…

Obejrzyjmy sprawdzian

W pakiecie jesiennych zmian w ustawie o systemie oświaty znalazło się wiele ciekawych rozwiązań. Wśród nich takie, które przeszły właściwie niezauważone, np. dotyczące udostępniania sprawdzonych i ocenionych prac pisemnych uczniów. Myślę konkretnie o tych zapisach:

Art. 44e.
(…)

4. Sprawdzone i ocenione pisemne prace ucznia są udostępniane uczniowi i jego rodzicom. W szkole policealnej sprawdzone i ocenione pisemne prace ucznia są udostępniane uczniowi.
(…)
7. Sposób udostępniania dokumentacji, o której mowa w ust. 4 i 5, określa statut szkoły.

MEN w swych wyjaśnieniach podkreślił, że zapisy te oznaczają, że uczniowie i ich rodzice wcale nie muszą zwracać się do nauczycieli z prośbą o udostępnienie sprawdzonych i ocenionych prac pisemnych – po prostu teraz nauczyciel ma taki bieżący obowiązek i nie powinien czekać na wniosek ucznia czy jego rodziców.

Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, dlatego art. 44e ust. 7 nakazuje określenie w statucie szkoły, w jaki sposób ta dokumentacja będzie udostępniania. Zapewne, szczególnie w szkołach, które mają w tym zakresie sprawdzone rozwiązania, właśnie one staną się formalnie opisaną praktyką. Ale może warto zapoznać się z dobrymi praktykami innych jednostek? Bo – wbrew pozorom – możliwości jest wiele. Trzeba zdecydować, czy będą udostępnianie oryginały czy kopie, na miejscu czy do domu, czy i w jaki sposób będzie potwierdzany „obrót” tymi sprawdzianami itd.

Sądzę, że to dobra okazja do wykazania się aktywnością przez radę rodziców, bo przecież sposób udostępniania prac pisemnych powinien uwzględniać realia i możliwości techniczne szkoły, ale przede wszystkim być dogodny dla rodziców.

 

PS: Swoją drogą ciągle fascynuje mnie ten art. 44 ustawy o systemie oświaty, który ma literki nie do e (jak przywołany wyżej przepis), nie do z, zz czy zzz ale do – uwaga – zzzx!